Azja Centralna samochodem. Kirgistan, Tadżykistan – Pamir, Kazachstan i Uzbekistan

Azja Centralna. Jedwabny szlak. Wielki nieskończony step. Szlak herbaciany. Te hasła-obrazy chodziły za nami od samego początku naszej fascynacji podróżami. Dziś wspólnie z Oponeo zapraszamy na relację z tego niezwykle fascynującego i malowniczego zakątku globu. 

Mało brakowało, a pojechalibyśmy tam będąc jeszcze na studiach, ale biurokratyczna machina chciała inaczej. Przyjęliśmy to z pokorą i postanowiliśmy, że jeszcze kiedyś spróbujemy. Choć tak naprawdę wiedzieliśmy, że to nie będzie tylko próba. Byliśmy przekonani, że kiedyś nasze marzenie o Azji Centralnej się ziści a naszym zadaniem było sprawienie, aby stało się to raczej wcześniej niż później. Dlatego, kiedy w 2016 roku wyruszaliśmy w nieznane wiedzieliśmy, że nasze spotkanie jest bliskie. Przyszło nam jeszcze trochę poczekać, ale kiedy wiedzieliśmy już, że nie chcemy kontynuować podróży z Ameryki Południowej dalej na północ, wiedzieliśmy, że ‚stany’ – jak bywają nazywane kraje regionu – będą naszą wisienką na podróżniczym torcie. W czasie naszego azjatyckiego etapu podróży odkryliśmy nie tylko niesamowicie piękne zakątki globu ale także nadzieję. Nadzieję na to, że gdyby ‚tutaj’ coś poszło nie tak, to zawsze możemy się spakować, wsiąść do samochodu, przejechać tych parę tysięcy kilometrów w kilka dni i znaleźć się znów w domu.

Kirgistan

Dzień 1208

Niespiesznie zbieramy się z naszej wspaniałej miejscówki i ruszamy w dalszą drogę, mając nadzieję, że śnieg który spadł na początku września zdążył stopnieć a znajdująca się przed nami przełęcz będzie przejezdna. Jedziemy krętymi, ale bardzo przyzwoitymi szuterkami podziwiając pofalowane, jesienne zbocza. Znalazłszy jakiś strumyk zatrzymujemy się by zrobić pranie i zjeść śniadanie. Słońce grzeje miło a my zachwycamy się Kirgistanem. Jesteśmy pod naprawdę dużym wrażeniem choć póki co widzieliśmy tylko maleńką cząstkę. Dalsza trasa prowadzi przez półpustynne okolice z różnokształtnymi formacjami i mocno wydrążonymi zboczami. Krajobrazy bardzo przypominają nam okolice Mendozy w Argentynie. Tylko kaktusów brakuje! W dodatku wszędzie wałęsają się konie. To naprawdę nie przesada – one są wszędzie! Klimatu całej trasie dodają niesamowicie urokliwe cmentarze zbudowane z ziemi lub gliny, z pięknymi pustynnymi ozdobami. Wspaniale wkomponowują się w ten harmonijny krajobraz. Okoliczności są tak sielskie, że przystanek na wieczór robimy stosunkowo wcześnie. W powietrzu unosi się zapach siana i końskiej kupy. Wałęsające się konie co jakiś czas rzucają nam zdziwione spojrzenia. Słońce powoli chowa się za pustynnymi górami. A do tego wszystkiego naleśniki z nutellą, bananami i cynamonem. Żyć nie umierać! 

Dzień 1209

Czas goni. Piękna pogoda nie będzie trwałą wiecznie. Jedziemy więc dalej przez kolejne wioski, wzgórza, doliny i przełęcze. Ruszamy rzecz jasna, dopiero po naleśnikach z granatem spałaszowanych w pięknej scenerii. Dziś do pokonania mamy dwie przełęcze ale kilometry umykają całkiem sprawnie bo stan tutejszych dróg jest naprawdę zaskakująco dobry. Mijamy kolejne malowniczo położone cmentarze na tle gór, pustynne porzeźbione wzgórza przywodzące na myśl Argentynę, a co jakiś czas jesienne kolorowe drzewa. Trawa na zboczach wyschnięta na wiór, powiewa bezwolnie na wietrze. A za samochodem wznosi się długa smuga wzbitego w powietrze miałkiego pyłu. Przez cały dzień nie spotykamy praktycznie żywej duszy. Tash Rabat, które było naszym dzisiejszym celem nie wygląda szczególnie okazale, ale droga była naprawdę świetna więc nie żałujemy zdecydowania się na to odbicie. Wiedząc, że aby dotrzeć do dość niedostępnego ale niezwykle malowniczego jeziorka Kel-Suu potrzebujemy specjalnego zezwolenia na przebywanie w strefie przygranicznej, udajemy się do Narynia. Dziś jednak, z racji weekendu, niewiele udaje nam się załatwić.

Kazachstan

Dzień 1184

Kolejny dzień zaczynamy jeszcze przed wschodem słońca. Promienie jutrzenki łapiemy na jedynej w parku wydmie. Jedynej, ale nie byle jakiej. Wspinamy się na jej wierzchołek i podziwiamy okolicę. Gdzieś w oddali płynie rzeka. Zsypujący się po zboczach piasek rzeczywiście wydaje interesujące dźwięki, choć śpiewem bym tego nie nazwała. Gdy tylko słońce wtacza się nieco wyżej ponad horyzont zaczyna się robić nieznośnie gorąco. Odpoczywamy w cieniu tutejszych miejsc piknikowych, które tak bardzo przypominają nam afrykańskie klimaty. Po śniadaniu ruszamy w stronę drugiej części parku, w której znajdują się kolorowe góry. Nie chcemy tam jednak dojeżdżać w środku dnia gdy słońce pali najbardziej. Najgorszy skwar przeczekujemy w cieniu 700-letniej wierzby, racząc się schłodzonym w strumyku arbuzem i zażywając kąpieli w zdecydowanie za zimnym stawie. 

Dzień 1188

Budzimy się jeszcze przed świtem. Ku naszemu zadowoleniu stwierdzamy, że na niebie nie ma ani jednej chmurki. W niezmąconej tafli słonego jeziora Tuzkol idealnie odbija się ośnieżone pasmo Tienszan z majestatycznie górującym Khan Tengri. To pierwszy siedmiotysięcznik, który widzimy w życiu. Kto by pomyślał, że nastąpi to w płaskim Kazachstanie. Przy wschodzie słońca odbywa się niesamowity spektakl gdy kolejne promienie zaczynają oświetlać strome ściany zamrożonej piramidy. Jechanie tu wczoraj po nocy okazało się strzałem w dziesiątkę. Jak się zresztą okazuje, nie jesteśmy zupełnie sami. Są też jacyś włoscy (!) overlanderzy, którzy są w trakcie dłuższej podróży. Nie chcąc tracić pięknej pogody ruszamy w stronę Kanionu Szaryńskiego. Najpierw odwiedzamy go z tej mniej znanej strony, po której można znaleźć sporo punktów widokowych. Czas jednak goni więc odwiedzamy jedynie okolicę żółtego kanionu, który okazuje się prawdziwą perłą. Kosmos totalny. Na zachód słońca pędzimy do Doliny Zamków, która okazuje się naprawdę ładna. Rzecz jasna, mnóstwo tu innych turystów a i wiatr próbuje nas zwiać, ale widoki, zarówno z góry, jak i z dołu, są naprawdę ładne. Zostajemy na noc tuż przy kanionie licząc, że jutro rano będziemy go mogli jeszcze popodziwiać.

Tadżykistan – Pamir

W Tadżykistanie odwiedziliśmy region GBAO, czyli Górski Badachszan słynący z jednej z najwyżej położonych dróg świata – Traktu Pamirskiego, zwanego również autostradą pamirską. Jak to jest przemierzać wysokogórską pustynię na wysokościach przekraczających 4.000 m n.p.m.? Ile wspólnego z prawdziwą autostradą ma Trakt Pamirski? O tym i innych naszych przygodach w Tadżykistanie możecie przeczytać obszerniejszy wpis klikając TUTAJ.  

Uzbekistan

Długo zastanawialiśmy się czy jechać do Uzbekistanu samochodem. Było bardzo wiele argumentów przemawiających za tym, że nie jest to najlepszy pomysł. Po pierwsze problemy z paliwem. Olej napędowy w Uzbekistanie jest wykorzystywany głównie przez samochody użytkowe. Większość mieszkańców jeździ na LPG lub benzynę. Problemy z dostępnością diesla są jeszcze większe w czasach żniw bawełny, czyli dokładnie wtedy, kiedy planowaliśmy naszą wizytę w tym kraju. Po wtóre, w Uzbekistanie obowiązuje totalny zakaz wwozu dronów. Jest to bardzo skrupulatnie sprawdzane. A nasz dron jest wielki i ciężko go ukryć. Co więcej, sam proces przekraczania granicy nie należy do najprzyjemniejszych. Słyszeliśmy niejedną historię o wielkiej gorliwości uzbeckich pograniczników. Były też inne czynniki, które sprawiły, że ostatecznie zdecydowaliśmy się zostawić samochód w Kazachstanie a do kraju kwitnącej bawełny wybrać się pociągiem.

Uzbekistan, mimo swej niesamowitej architektury, która dla nas była porównywalna do tej, którą dobrych kilka lat temu widzieliśmy w Iranie, niestety mocno nas rozczarował. Były niesamowite meczety, minarety, medresy i piękne terakotowe mozaiki. W tak niespotykanym nagromadzeniu, że sami otwieraliśmy buzie ze zdziwienia. Co dzień o wschodzie słońca, gdy na ulicach nie było prawie nikogo, a wszelkie turystyczne kramy były jeszcze zamknięte, robiliśmy sobie spacer, chłonąc klimat. Klimat i magię, które po dosłownie kilku chwilach bezpowrotnie się rozpływały. Miasto zaczynały zalewać (w dosłownym tego słowa znaczeniu) grupy turystów. Pod każdą wolną ścianą rozstawiały się kramy ze wszystkim – ceramiką, dywanami, ubraniami, chustami, wełnianymi czapami i chińskim szmelcem. Włącznie z zastawianiem każdej wolnej przestrzeni również wewnątrz pałaców, medres, a nawet meczetów. Kupuje się bilety do przeróżnych budowli, a tam zamiast móc podziwiać piękne wnętrza i zdobienia, trzeba przeciskać się między stoiskami z pamiątkami i odmawiać sprzedawcom co chwilę zachęcającym do zakupu jedwabnej chustki, figurki, czy magnesu na lodówkę. Z pięknych, zabytkowych miast, będących niegdyś ważnymi przystankami na Jedwabnym Szlaku został zrobiony bazar. Jeden wielki jarmark. Co dzień zachodziliśmy w głowę, kto dał przyzwolenie na coś takiego… Infrastruktura turystyczna również pozostawia wiele do życzenia. Poziom „wyluzowania” Uzbeków przekracza wszelkie dopuszczalne normy. Właściciel hotelu zupełnie nie przejmuje się tym, że mimo rezerwacji, coś mu się pomyliło i nie ma jednak miejsca. Cóż to za problem, przecież jak sam stwierdza, wokół mnóstwo innych hoteli, na pewno coś sobie znajdziemy. Wiadomo przecież, że to dla nas żaden problem z ciężkimi plecakami, w ponad 30-stopniowym skwarze po całonocnej podróży pociągiem. Zjedzenie czegokolwiek na mieście również okazuje się nie lada wyzwaniem. Odbijamy się od drzwi do drzwi. Bo a to wszystko zarezerwowane, a to o 17 nie ma już nic do jedzenia, można tylko coś wypić, to znów, po 20-minutowym oczekiwaniu nikt nawet nie raczył przynieść menu, o które prosiliśmy. Co tu dużo mówić – nie tak sobie to wyobrażaliśmy. A po tym co zobaczyliśmy, pozostał tylko niesmak.

Byliście w Azji Centralnej?

Jeśli tak, to co się Wam najbardziej podobało, jakie wspomnienia przywieźliście do domu? Jeśli jeszcze nie byliście w Stanach to czy są na Waszej liście wymarzonych destynacji? Dajcie znać w komentarzach. Jeśli macie jakieś pytania, to również zostawcie je poniżej a my odpowiemy w miarę naszych możliwości. Do usłyszenia!