Pamir Highway – Trakt Pamirski. Samochodem po dachu świata.

Wspólnie z Oponeo zapraszamy Was na relację z Traktu Pamirskiego, zwanego również autostradą pamirską (Pamir Highway). Ktoś, kto pierwszy nazwał tę drogę ‚autostradą’ musiał mieć wspaniałe poczucie humoru. Wiedzie z kirgiskiego miasta Osz do tadżyckiego Chorogu. Marzenie wielu podróżników. Tak wielu, że w sezonie na trasie zdecydowanie częściej spotyka się białych rowerzystów i samochody na zachodnich rejestracjach, niż lokalną ludność.

Skąd ten fenomen? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Przypuszczamy jednak, że ma on swoje podłoże w trzech czynnikach. Wysokości, krajobrazie i bliskości Afganistanu. Wysokości są naprawdę imponujące. Trzy najwyższe przełęcze traktu wspinają się na wysokości 3.615 m n.p.m., 4280 m n.p.m. i 4655 m n.p.m. Dla porównania, najwyższe drogi w Europie nie docierają nawet na trzy tysiące metrów. Z wysokości i kontynentalnego klimatu bierze zaś swoje źródło krajobraz. Jest to krajobraz odmienny pod każdym względem od tego, do którego przywykliśmy. Szary, posępny, wyzuty z życia i nieprzyjazny. Ma w sobie coś groźnego ale jednocześnie pociągającego. Wydaje się prawdziwy, surowy i niezmącony. Krajobraz, który z jednej strony sprawia, że chcesz stąd uciec, ale z drugiej wciąga na kolejną przełęcz, popycha za kolejny zakręt, aby sprawdzić, czy to wszystko ma jakiś kres. W końcu, bliskość Afganistanu. Na sam dźwięk nazwy tego kraju w naszych głowach wybuchają bomby. Widzimy Mudżahedinów z długimi nożami i naręczem granatów. A przejechać Trakt Pamirski, to niemalże jakby wjechać do Afganistanu. Droga M41 wiedzie tak blisko tego mitycznego kraju, że jesteśmy w stanie wrzucić kamień do afgańskiej wioski, położonej po drugiej stronie rzeki. A każdy chce zobaczyć ten słynny Afganistan. Gdzie te bomby? Gdzie walka i zawierucha? Gdzie terroryści? Każdy chciałby to zobaczyć z bezpiecznej odległości granicznej rzeki i móc powiedzieć „widziałem Afganistan”. Mamy podskórne przeczucie, że to również jeden z czynników wpływających na wielką sławę, jaką okryta jest autostrada pamirska.

Dzień 1194

Przełęcz Kyzyl Art – Karakol – Murgab (182 km)

Wczoraj wieczorem, przekroczywszy granicę trzeba było szukać miejsca na nocleg, bo zrobiło się ciemno. Granica w miarę bezproblemowa. Ponoć zimą mają -40°C a czasami nawet -50°C, ale muszą jakoś dawać radę – granica jest otwarta cały rok. To dopiero początek września, a w nocy już dopadło nas -6°C. Mimo obaw o to, jak Pradzik będzie sobie radził z wysokością i niską temperaturą, ten odpala z rana bez najmniejszych problemów (nasz vlog z Pamiru możecie obejrzeć TUTAJ lub na dole strony). Ruszamy zatem w drogę, poznawać zakątki Pamiru. Pierwszy przystanek robimy nad jeziorem Karakol. Piękne, głęboko granatowe wody u stóp ośnieżonych szczytów Pamiru, a na ich brzegach małe czerwonolistne roślinki, ścielące się na plaży niczym dywan. Zajadamy śniadanie. Wiatr wzmaga się coraz bardziej więc ruszamy dalej. Zatrzymujemy się przy studni w maleńkiej wiosce Karakol. Nie mija 10 sekund kiedy dookoła nas tworzy się niemałe zbiegowisko. Dzieciaki, mniejsze i większe, ciągną Jacka na boisko, żeby pograł z nimi w nogę. Długo nie trzeba go namawiać rzecz jasna. Po drodze spotykamy rowerzystów walczących z wiatrem i wysokością. Parze Brytyjczyków jadących z Turcji oddajemy czekoladę. Cieszą się jak dzieci! Ponoć od początku ich pedałowania, nikt, nigdy im nic nie dał, nie licząc nadgniłych owoców. Bez większych problemów wtaczamy się na najwyższą przełęcz Traktu Pamirskiego. Nawet nie musieliśmy zapinać reduktora!

Dzień 1195

Murgab – Jarty Gumbez – Jezioro Zorkul – Jelondy (288km)

Wstajemy wcześnie korzystając z tego, że poranki są zdecydowanie mniej wietrzne niż popołudnia. Postanawiamy spróbować odludnej trasy nad jezioro Zorkul, by uciec nieco od asfaltowego M41. Początkowo trasa idzie nam całkiem sprawnie. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów docieramy do gorących źródeł, gdzie na godzinkę odpływamy w gorącym, kamiennym basenie. Podróżowanie na wysokościach, w tym wietrze i zimnie jest dość wyczerpujące, więc relaks w gorących źródłach to strzał w dziesiątkę. Właścicielka częstuje nas też herbatką i ciasteczkami. Wymoczeni i rozluźnieni wyruszamy w dalszą drogę. A ta zdecydowanie nas nie rozpieszcza. Dziury, doły, kocopoły. Na domiar złego coś nam puka w zawieszeniu. Ciężko się w takich okolicznościach rozkoszować niesamowitymi widokami na ośnieżone szczyty Hindukuszu. Nie można jednak odmówić uroku tutejszym terenom. Co więcej, po drodze nie spotykamy nikogo, nie licząc tłustych świstaków i stad owiec Marco Polo gdzieś w oddali. Drogi są masakryczne. Tylko czasami udaje się wrzucić drugi bieg. Od jeziora Zorkul jedziemy wzdłuż rzeki Pamir oddzielającej Tadżykistan od Afganistanu. Jacek jest już wkurzony a tarka na kawałku trasy przez Korytarz Wachański zupełnie go rozwściecza. Dobrze, że przynajmniej na noc udało nam się znaleźć urokliwą miejscówkę nad rzeką.

Dzień 1196

Jelondy – Khorog (125km)

Dziś asfaltowym M41 zjeżdżamy na niskości. Większość osób pomija ten odcinek wybierając trasę przez Korytach Wachański, więc nie spodziewamy się po drodze niczego ciekawego. Tymczasem, okolica okazuje się nad wyraz urokliwa. Niesamowity, mleczno-turkusowy kolor rzek, mosty z patyków, zadbane domostwa, wysokie szczyty i ludzie. Życzliwi ludzie witający nas słowami „welcome to Badachszan!”. Koło południa docieramy do Khorogu. Okazuje się, że dziś święto, więc internetu dalej nie udało na się zdobyć. Po małych zakupach na bazarze zatrzymujemy się w Pamir Lodge na obrzeżach miasta. Całkiem przyjemne, zielone miejsce. I jest gdzie poleżeć pod samochodem! Jacek szybko diagnozuje co jest przyczyną dziwnych dźwięków wydawanych przez nasz samochód. Historii tylnego górnego wahacza ciąg dalszy. Okazuje się, że śruba którą wkręcił nam Mongoł byłą za mała i wybiła owalny otwór w obejmie wahacza, przez co teraz oryginalna śruba nie siedzi na ciasno. Z pomocą Matta – Brytyjczyka, który od pięciu lat chodzi (!) po świecie – udaje się uskutecznić druciarstwo pierwszej klasy. Ze względu na problematyczne umiejscowienie mocowania wahacza, jest to jedyna nieinwazyjna opcja. Drut czy nie-drut – ważne, że działa!

A jeśli interesuje Was jak w ogólności działa zawieszenie samochodu, to zapraszamy do lektury o innym jego elemencie – stabilizatorze. Artykuł na jego temat znajdziecie TUTAJ.

Dzień 1199

Jezioro Yashikul – Bulunkul – Langar – Yamchun – Bibi Fatima Hot Springs (167 km)

Po chłodnej nocy ruszamy w stronę najsłynniejszego odcinka Pamir Highway, czyli Korytarza Wachańskiego. Co najlepsze, wszyscy ekscytują się nim głównie z jednego powodu. Po drugiej stronie rzeki Panj, wzdłuż której wiedzie trasa, leży Afganistan. Początkowo jedziemy na ponad 4.000 m n.p.m. a krajobrazy są bardzo podobne do tych, które widzieliśmy na przedgórzu andyjskim, choć zdają się być jeszcze bardziej pustynne i skaliste. Nie rośnie tu zupełnie nic. Dla kogoś, kto nie widział podobnych krajobrazów na pewno jest to niesamowite doświadczenie. Dla nas, nie aż tak bardzo. Na drodze okrutna tarka. Niektóre dziury bardziej przypominają leje po bombie. Trasa miejscami bardzo wąska, prowadząca po stromym zboczu, wysoko nad meandrującą gdzieś w dole rzeką. Kierunek pokonywania tego odcinka był zdecydowanie strzałem w dziesiątkę. Jechaliśmy bowiem wprost na złe, poszarpane, szpiczaste i ośnieżone szczyty Hindukuszu. Gdy zjechaliśmy już nieco niżej i rozpoczęły się wioski, byliśmy pozytywnie zaskoczeni widokami. Sielskie krajobrazy kończącego się lata. Żniwa. Malutkie poletka pełne ręcznie zrobionych snopków siana. Dróżki obsadzone rzędami kołyszących się na wietrze wierzb. Na wieczór wymoczyliśmy się jeszcze w gorących źródłach. Tutaj robi się to nago. 

Byliście na Pamir Highway? Wybieracie się?

Jeśli byliście to koniecznie podzielcie się swoimi wrażeniami lub zdjęciami w komentarzu! Jeśli dopiero się wybieracie a macie jakieś pytania – to również zostawcie je w komentarzu niżej – postaramy się odpowiedzieć. Jeśli interesują Was również inne destynacje w Azji Centralnej polecamy vlogi z naszej podróży po tych rejonach świata na naszym kanale YouTube. Do usłyszenia!